Wspaniała wiadomość! Ucięta ręka, dupa czy noga może odrosnąć, jeśli tylko nauczymy się wyłączać gen p21. Doniesienie o tym znajdziecie tutaj.
Oczywiście cały entuzjazm należy delikatnie ostudzić; nie sposób ocenić wartości terapeutycznej tej metody u ludzi bez przeprowadzenia eksperymentów na ochotnikach i obserwacji odległych następstw. O ile u myszek laboratoryjnych wszystko może wyglądać ok, to u ludzi już niekoniecznie. Wprawdzie pierwotne obawy o generowanie nowotworów zostały w jakiś tam sposób uspokojone, to jednak nie wiadomo do końca, czy w obserwacji wieloletniej rzeczywiście nie wystąpi więcej nowotworów u tych pacjentów. Poza tym oczywiście mogą wystąpić pewne nieprzewidziane efekty, np. postępujący zespół otępienny. To oczywiście będzie wymagało dalszych badań i oceny ryzyka oraz potencjalnych korzyści itp. itd.
Ciekaw jestem, jak zareagują na taką terapię środowiska religijne. O ile mi wiadomo, współcześnie stoją one na straży twierdzenia, że grzebanie w genach to poprawianie pana Boga. Czy jednak takie "poprawianie" ujdzie ich świątobliwemu zmysłowi moralnemu?
Wszak kontrowersje etyczne, które pojawiają się przy terapii komórkami macierzystymi w tym wypadku odpadają, chyba że uznamy, iż z takich komórek może teoretycznie wyrosnąć klon pacjenta.
A tak na poważnie, ciekaw jestem, jaka była ewolucyjna korzyść z wyłączenia genu p21 u większości zwierząt? Jakieś pomysły?
poniedziałek, 22 marca 2010
środa, 3 marca 2010
Poradnia doktora Męczywora
Dzisiaj rozpoczynam nową serię na tym jakże popularnym blogu. Tytuł, jak w tytule, podtytuł "czyli o zdrowiu słów parę". Zastrzeżenia takie mniej więcej jak tutaj z tą tylko różnicą, że zamiast słowa "wikipedia" podstawcie sobie "ten blog" w miejscowniku liczby pojedynczej.
Lecimy z tym koksem:
-"Myjcie się dziewczyny, bo nie znacie ni dnia, ni godziny" - mawiał słynny japoński filozof Macao Nagokuraki. To samo tyczy się wszystkich ludzi. Bywa niestety tak, że pacjent z bólem prawej stopy, przed wizytą u lekarza lewej stopy już nie umyje i gdy medyk chce zbadać np. symetrię odruchów, oblicze pacjenta pąsowieje jak u najporządniejszej pensjonarki na widok pornola. Odpowiada wówczas cichutko "Bo ja się nie przygotowałem na dzisiaj, panie doktorze". Jak widać lekarze sobie, a życie sobie. Taki stan rzeczy wskazuje nam na to, że czarny PR to najskuteczniejsza forma oddziaływania. Oto pewien mnich w czasach średniowiecza postanowił zażyć kąpieli w rzece i się przy tym biedak utopił. I nic to, że z brudu zmarło w historii dużo więcej ludzi. Wraz z jednym utopionym zakonnikiem cień na higienę padł taki, że przez następne 700 lat się ludzie boją porządnie umyć. Cała wiedza naukowa bierze w łeb, wiadomo już było o tym w czasach romantycznych. Oto, co pisał Mickiewicz na ten temat:
Czucie i wiara silniej mówi do mnie
Niż mędrca szkiełko i oko.
Martwe znasz prawdy, nieznane dla ludu,
Widzisz świat w proszku, w każdej gwiazd iskierce;
Nie znasz prawd żywych, nie obaczysz cudu!
Miej serce i patrzaj w serce!
Te martwe prawdy dały owoce w postaci m. in. Eniaca, internetu i Little Boy (to ostatnie chyba najmniej pożyteczne, ale wymieniam, żeby nie być stronniczym), a Mickiewicz był kiepskim psychologiem, chociaż bardzo cenną obserwację poczynił. Treść obserwacji jest taka, że ludzie dużo bardziej podatni są na najprymitywniejsze manipulacje niż na żywą prawdę, której poszukuje naukowiec. A to wynika z tego, że jako rodzaj ludzki, lubimy mieć jakiś fundament, jakiś niezmienny punkt odniesienia przy percepcji rzeczywistości. Podejście naukowe do życia w pewien sposób pozbawia nas tego prostego i niezmiennego punktu odniesienia, a żeby puścić się z życiem w takie tango bez dogmatów, trzeba mieć sporo duchowej odwagi. Oczywiście całkowite pozbawienie punktu odniesienia jest rzeczą abstrakcyjną...
Ech i znowu wkrada mi się religia i te pe, a miało być o higienie...
Lecimy z tym koksem:
-"Myjcie się dziewczyny, bo nie znacie ni dnia, ni godziny" - mawiał słynny japoński filozof Macao Nagokuraki. To samo tyczy się wszystkich ludzi. Bywa niestety tak, że pacjent z bólem prawej stopy, przed wizytą u lekarza lewej stopy już nie umyje i gdy medyk chce zbadać np. symetrię odruchów, oblicze pacjenta pąsowieje jak u najporządniejszej pensjonarki na widok pornola. Odpowiada wówczas cichutko "Bo ja się nie przygotowałem na dzisiaj, panie doktorze". Jak widać lekarze sobie, a życie sobie. Taki stan rzeczy wskazuje nam na to, że czarny PR to najskuteczniejsza forma oddziaływania. Oto pewien mnich w czasach średniowiecza postanowił zażyć kąpieli w rzece i się przy tym biedak utopił. I nic to, że z brudu zmarło w historii dużo więcej ludzi. Wraz z jednym utopionym zakonnikiem cień na higienę padł taki, że przez następne 700 lat się ludzie boją porządnie umyć. Cała wiedza naukowa bierze w łeb, wiadomo już było o tym w czasach romantycznych. Oto, co pisał Mickiewicz na ten temat:
Czucie i wiara silniej mówi do mnie
Niż mędrca szkiełko i oko.
Martwe znasz prawdy, nieznane dla ludu,
Widzisz świat w proszku, w każdej gwiazd iskierce;
Nie znasz prawd żywych, nie obaczysz cudu!
Miej serce i patrzaj w serce!
Te martwe prawdy dały owoce w postaci m. in. Eniaca, internetu i Little Boy (to ostatnie chyba najmniej pożyteczne, ale wymieniam, żeby nie być stronniczym), a Mickiewicz był kiepskim psychologiem, chociaż bardzo cenną obserwację poczynił. Treść obserwacji jest taka, że ludzie dużo bardziej podatni są na najprymitywniejsze manipulacje niż na żywą prawdę, której poszukuje naukowiec. A to wynika z tego, że jako rodzaj ludzki, lubimy mieć jakiś fundament, jakiś niezmienny punkt odniesienia przy percepcji rzeczywistości. Podejście naukowe do życia w pewien sposób pozbawia nas tego prostego i niezmiennego punktu odniesienia, a żeby puścić się z życiem w takie tango bez dogmatów, trzeba mieć sporo duchowej odwagi. Oczywiście całkowite pozbawienie punktu odniesienia jest rzeczą abstrakcyjną...
Ech i znowu wkrada mi się religia i te pe, a miało być o higienie...
piątek, 29 stycznia 2010
Niepokój codziennych zakupów.
Za każdym razem, kiedy robię zakupy w Tesco, dopada mnie niepokój. Raz przynajmniej tak się dzieje w newralgicznym momencie przechodzenia przez bramki. Mimo, iż mam czyste sumienie, mimo iż nie mam się czego obawiać, zawsze ten niepokój się pojawia. Zawsze gdzieś drzemie obawa, że jednak bramka zapiszczy. Drugi moment niepokoju następuje czasami. Tylko wtedy, gdy w siatce szklane opakowanie. Pierwsze oderwanie siatek od kasy niczym rozpostarcie skrzydeł i już chciałoby się iść spokojnie, ale jednak. Tescowe siatki mają to do siebie, że pękają czasem. Raz tak mi się zdarzyło, akurat w środku miałem kupione za ostatnie pieniądze piwo. Dokładnie przed punktem obsługi klienta trach! Brzęk! Płacz... "Zlizujcie z podłogi!" Wrzasnąłem. Sam jednak jakoś się nie kwapiłem do zlizywania, toć szkło się potłukło i jak to zlizać? Język pokaleczę, to później kobieta pożytku nie będzie miała za mnie już absolutnie żadnego. Tak to przynajmniej od czasu do czasu minetę porządnie drapnę, a gdy język pokaleczę? Nie wiadomo. W każdym razie lepiej nie kaleczyć niż skaleczyć. Ot co.
niedziela, 10 stycznia 2010
Złote myśli księdza Churwy vol.3
Posłuszeństwo - jak naucza ksiądz Churwa - jest największą z cnót chrześcijańskich. Ale - zastrzega - tyczy się ono tylko prawdziwych autorytetów. Jedynym możliwym przejawem prawdziwego autorytetu jest biskupi pierścień i tak pozostanie na wieki.
Posłuszeństwo swojemu biskupowi jest cnotą tym większą, im bardziej jest ono bezwzględne. A jeżeli biskupa nie masz w zasięgu ręki, zdaj się na rozkazy najbliższego duszpasterza, gdyż on posłuszny jest biskupowi, a biskup ojcu świętemu. Skoro więc bezwzględnie posłuszni są wszyscy oni najwyższemu z prawdziwych autorytetów, nie możesz mieć obaw przed żadnym z nich. I wyłącz rozum! To właśnie rozum jest największym wrogiem największej z chrześcijańskich cnót. Tylko bezwzględne posłuszeństwo i podporządkowanie zaprowadzi cię do bram raju.
Posłuszeństwo swojemu biskupowi jest cnotą tym większą, im bardziej jest ono bezwzględne. A jeżeli biskupa nie masz w zasięgu ręki, zdaj się na rozkazy najbliższego duszpasterza, gdyż on posłuszny jest biskupowi, a biskup ojcu świętemu. Skoro więc bezwzględnie posłuszni są wszyscy oni najwyższemu z prawdziwych autorytetów, nie możesz mieć obaw przed żadnym z nich. I wyłącz rozum! To właśnie rozum jest największym wrogiem największej z chrześcijańskich cnót. Tylko bezwzględne posłuszeństwo i podporządkowanie zaprowadzi cię do bram raju.
środa, 6 stycznia 2010
Epidemiologia zakażeń wirusem HIV, czyli o tym, jak to ponbucek orientacyę seksualną zmienił
Przeglądałem ostatnio forum onetu w poszukiwaniu ciekawych wpisów po newsami prasowymi. Forum to jest jednym z niekwestionowanych liderów polskiego internetu w pokazywaniu ludzkiej głupoty.
Mnóstwo wpisów od politycznych zacietrzewieńców, to pal sześć, polityka akurat średnio mnie interesuje. Mnóstwo wpisów od religijnych fundamentalistów, oczywiście, jak na Polskę przystało, fundamentalistów chrześcijańskich. Mocno mnie to rozbawiło. Głupie w tym kontekście są też posty trolli forumowych, rzekomych ateistów. Ot, chociażby krótki post (pisownia oryginalna) "BOGA NIE MA, TO OCZYWISTE!". Brak jakiejkolwiek merytorycznej dyskusji, brak rzeczowych argumentów, równie często zauważany po obydwu stronach sporu. Przyznać muszę, że rozbawił mnie dzisiejszy argument jakiegoś chrześcijanina, najwyraźniej zapędzonego w kozi róg "JEZUS MÓWIŁ, ŻEBY NIE RZUCAĆ PEREŁ PRZED WIEPRZE". Cóż, jeśli ta jego wiara jest dlań taką perłą, to niech sobie ją tam ceni, tylko lepiej, żeby się nie wcinał z argumentami o pierwotnej przyczynie, jeśli nie umie ich bronić w obliczu krytyki. Mam wrażenie, że wymaga tego zwykła ludzka przyzwoitość.
Przy okazji fundamentalistów chrześcijańskich, przypomniał mi się film dokumentalny "Religulous". W pewnym momencie filmu pokazani są właśnie tacy fundamentaliści, wykrzykujący hasła typu "Thank God for AIDS". Biedni ignoranci, nie wiedzą zapewne, że od pewnego czasu nastąpiło odwrócenie tendencji epidemiologicznych i zakażenia wirusem HIV następują głównie w wyniku kontaktów heteroseksualnych. Gdyby ktoś chciał poczytać, polecam ten w miarę aktualny artykuł. Najwyraźniej Bóg zmienił preferencje seksualne i teraz karze tą chorobą ludzi heteroseksualnych, niekoniecznie nawet rozwiązłych, bo czyż można nazwać rozwiązłą kobietę, której mąż złapał HIV gdzieś na boku i ją tym paskudzctwem zaraził?
Mnóstwo wpisów od politycznych zacietrzewieńców, to pal sześć, polityka akurat średnio mnie interesuje. Mnóstwo wpisów od religijnych fundamentalistów, oczywiście, jak na Polskę przystało, fundamentalistów chrześcijańskich. Mocno mnie to rozbawiło. Głupie w tym kontekście są też posty trolli forumowych, rzekomych ateistów. Ot, chociażby krótki post (pisownia oryginalna) "BOGA NIE MA, TO OCZYWISTE!". Brak jakiejkolwiek merytorycznej dyskusji, brak rzeczowych argumentów, równie często zauważany po obydwu stronach sporu. Przyznać muszę, że rozbawił mnie dzisiejszy argument jakiegoś chrześcijanina, najwyraźniej zapędzonego w kozi róg "JEZUS MÓWIŁ, ŻEBY NIE RZUCAĆ PEREŁ PRZED WIEPRZE". Cóż, jeśli ta jego wiara jest dlań taką perłą, to niech sobie ją tam ceni, tylko lepiej, żeby się nie wcinał z argumentami o pierwotnej przyczynie, jeśli nie umie ich bronić w obliczu krytyki. Mam wrażenie, że wymaga tego zwykła ludzka przyzwoitość.
Przy okazji fundamentalistów chrześcijańskich, przypomniał mi się film dokumentalny "Religulous". W pewnym momencie filmu pokazani są właśnie tacy fundamentaliści, wykrzykujący hasła typu "Thank God for AIDS". Biedni ignoranci, nie wiedzą zapewne, że od pewnego czasu nastąpiło odwrócenie tendencji epidemiologicznych i zakażenia wirusem HIV następują głównie w wyniku kontaktów heteroseksualnych. Gdyby ktoś chciał poczytać, polecam ten w miarę aktualny artykuł. Najwyraźniej Bóg zmienił preferencje seksualne i teraz karze tą chorobą ludzi heteroseksualnych, niekoniecznie nawet rozwiązłych, bo czyż można nazwać rozwiązłą kobietę, której mąż złapał HIV gdzieś na boku i ją tym paskudzctwem zaraził?
piątek, 18 grudnia 2009
Co wspólnego mają krzyż na ścianie klasy szkolnej i zapłodnienie in vitro?
Tytuł notki nieco długawy, ale krócej się chyba nie dało. Te dwa "zjawiska" można spiąć wspólną klamrą inicjatywy kościelnej. W pierwszym wypadku hierarchowie Kościelni (zwani dalej Kościołem) w przytłaczającej większości są za, w drugim zaś przeciw. Wspólne dla tych stanowisk są pobudki, jakimi kieruje się Kościół. Otóż całkiem niedawno nakładem redakcji kilku mediów katolickich ukazała się broszura pod tytułem "Bioetyka katolicka". Treści broszury nie znam, aczkolwiek powołując się na treść artykułu dotyczącego rzeczonej publikacji, przewidzieć można, iż Kościół będzie rękami i nogami wspierał i lobbował na rzecz uchwalenia prawa zakazującego tej metody. Zjawisko to jest typowe dla tej instytucji, podobnie jak obrona krzyża w każdej polskiej sali lekcyjnej. Kościół w Polszcze tak chce, więc tak ma być i bez dyskusji!
In vitro? Wykląć!
"Nie ma potrzeby oddolnych inicjatyw" pomyślał papież "W końcu jestem papieżem/arcybiskupem/biskupem/proboszczem/wikarym/zakonnicą/organistą/sprzątaczką w kościółku!". Taki sposób myślenia dominuje w całym KRK. Najlepiej opisał to ks. Tischner (za wikicytatami):
"Nie wiecie, gdzie jesteście? Dialog w Kościele to dialog dupy z kijem."
I właśnie w ten sposób, Kościół doświadczenia z własnego podwórka, a więc bezwzględne posłuszeństwo wobec osoby postawionej wyżej, przenosi na pole, którego dawno już został pozbawiony; prawodawstwo świeckie.
Oczywistą rzeczą (przy obecnej doktrynie) jest nauczanie, że katolik mający problem z płodnością nie powinien nawet pomyśleć o zastosowaniu in vitro i na sumieniu osób wierzących moim zdaniem należy polegać. Dążenia epidiaskopa do zakazania in vitro w Polsce są więc przejawem braku zaufania do wiernych. Kościół, wychodząc z inicjatywą wprowadzenia zakazu zdaje się mówić tym dziewięćdziesięciu procentom ochrzczonych "Nie potrafisz sam(a) odróżnić dobra od zła. My Cię w tym wyręczymy i złych rzeczy zakażemy". Problem będzie, jeśli cała sprawa z zakazem się nie uda, gdyż te biedne pobożne baranki zostaną (o zgrozo!) skazane na własne sumienie! To jest rzecz oczywiście niedopuszczalna, gdyż wówczas słowa zawarte w tytule tego bloga mogą zebrać ogromne żniwo.
In vitro? Wykląć!
"Nie ma potrzeby oddolnych inicjatyw" pomyślał papież "W końcu jestem papieżem/arcybiskupem/biskupem/proboszczem/wikarym/zakonnicą/organistą/sprzątaczką w kościółku!". Taki sposób myślenia dominuje w całym KRK. Najlepiej opisał to ks. Tischner (za wikicytatami):
"Nie wiecie, gdzie jesteście? Dialog w Kościele to dialog dupy z kijem."
I właśnie w ten sposób, Kościół doświadczenia z własnego podwórka, a więc bezwzględne posłuszeństwo wobec osoby postawionej wyżej, przenosi na pole, którego dawno już został pozbawiony; prawodawstwo świeckie.
Oczywistą rzeczą (przy obecnej doktrynie) jest nauczanie, że katolik mający problem z płodnością nie powinien nawet pomyśleć o zastosowaniu in vitro i na sumieniu osób wierzących moim zdaniem należy polegać. Dążenia epidiaskopa do zakazania in vitro w Polsce są więc przejawem braku zaufania do wiernych. Kościół, wychodząc z inicjatywą wprowadzenia zakazu zdaje się mówić tym dziewięćdziesięciu procentom ochrzczonych "Nie potrafisz sam(a) odróżnić dobra od zła. My Cię w tym wyręczymy i złych rzeczy zakażemy". Problem będzie, jeśli cała sprawa z zakazem się nie uda, gdyż te biedne pobożne baranki zostaną (o zgrozo!) skazane na własne sumienie! To jest rzecz oczywiście niedopuszczalna, gdyż wówczas słowa zawarte w tytule tego bloga mogą zebrać ogromne żniwo.
niedziela, 13 grudnia 2009
Idiotyczny projekt
Zastanawiałem się ostatnio nad kreacjonistami i doszedłem do wniosku, iż ci ludzie mają chyba problem z rozumieniem przekazu werbalnego. Tak jak pokazane jest w tym oto filmiku. Dyskusja Dawkinsa z Benem Steinem, opisana jako "Richard Dawkins dostaje baty" przekonuje nas, że kreacjoniści rzeczywiście mają problem ze zrozumieniem tego, co się do nich mówi. Już od pierwszych zdań widać to, do czego mają oni niezwykłą smykałkę; przekręcanie usłyszanych wypowiedzi i interpretacja formy przekręconej na niekorzyść oponenta w dyskusji. Przyznać trzeba, że takie zachowanie kreacjonistów jest dla nich tak typowe, że zastanawiam się nad tym, czy oni aby nie robią tego zupełnie niechcący, bo inaczej nie potrafią i takie mają po prostu schematy myślenia. Wtedy ich poglądy byłyby prostym wynikiem zaburzenia osobowości, polegającego z drugiej strony na tym, że czytając starożytne żydowskie klechdy, biorą je za prawdę objawioną, co samo w sobie jest przekręceniem ich treści. Oto wspomniany filmik:
Etykiety:
Ben Stein,
biblia,
ewolucjonizm,
kreacjonizm,
mitologia żydowska,
nauka,
Richard Dawkins
Subskrybuj:
Posty (Atom)